Pętla
w tym domu panuje milczenie
chodzimy pośród wymijających spojrzeń
wyrzut drzemie w każdym szurnięciu kapci
racjonujemy chwiejne nastroje i słowa
szydzimy coraz sprawniej
śledzimy każde potknięcie
kalkulujemy dowody na niedoskonałość
na bezdrożu nieporozumień
ponownie zapętlono rzeczywistość
a słowa umierają w połowie drogi
kalekiego odbioru intencji
Biegłaś
biegłaś bosą stopą pieszcząc zawilce
śnieżne łby im ciążyły
do snu je ułożyłaś
a ptaki zapowietrzyły się ciszą
i zawiesiły głosy nasłuchując
to twoje trele kwiecą powietrze
las zmurszały chyli pokornie tobie
najmilsze mchy i rzęsiste tafle
a rzeka mruczy leniwie
echo niesie i niesie
tuli dziecięcy śmiech
Impas
nie sądziła że zatrwoży
jego tkliwość w unik źrenic
nie przeczuła że wycofa
ufność dłoni w pusty zamiar
gniecie fotel zasiedzeniem
zbija słowa zanim wzejdą
niknie w siebie byle dalej
i byle bliżej zaniechania
mała lala przykuca
wiesza w uchu głosik
tatusine uśmiechy
suszy w zielniku
kręci końskie ogonki
łaskocze i droczy
mamusine dłonie
przypina do...
Nikotynizm
widzisz to ceremonia
ma w sobie magię
juz sam trzask zapałki
i syczenie zajmowanej ogniem bibułki
gest wdech
zmysłowy jęzor dymu
nawet wizja igrania z rakiem
to taki ekstremalny sport
z pogranicza głupoty i pragnienia
Erem cichoskrzydły
Nie pójdę na słomianym postronku
w lnianej sukni plecionej pokorą
z łuskanym warkoczem na karku
Nie pójdę w sianokose obietnice
ani kuszące maliny
plamiące uda i zamysł jutra
Nie pójdę za przy na przed obok
choćbyś łzy wcierał w zakole łydek
albo rwał zapewnienia koszami
dla mnie skał piaski szczelinne
ogarki niedosięgłych gwiazd
puste klepisko bez śladu gwaru
i...
Śnie(ż)nie
jesień zzimiała - sypie przenikliwym wiatrem
po szczelinach ciała niedokrytych płaszczem
a pogięte fale włosów na kosmyki kruszy
zatuleniem zatraceniem w puchu kusi kusi
zadymić widzenie zamglić wszystkie szyby
stworzyć pozór baśni choćby tak na niby
niechże wycieraczki chłoną płatki śniegu
które coraz gęściej ścielą ściany niebu
Kariera domowa
(topi swój sen by spłynął po włosach
opadł na kapcie z przebiegiem lat)
dostarczycielka synów
praczka nieporadnych słów
musi zakasać bezład każdego dnia
dnia pełnego waszych planów
świat wciąż jest przyjazny tym
które zrobiły użytek z macicy
niechże sobie drepczą w miejscu
w takt wybijany przez mężczyznę